Ku pamięci Wojtka
Paula:
Wojtka poznałam w 2001 roku w krakowskiej Motoroli. Zwrócił moją uwagę sposobem bycia – otwartością, bezpośredniością i głębokim zaangażowaniem w rozmowę, jeśli zdecydował się ją podjąć. Nie znosił small talku. Z pomocą musiałam mu się narzucać – uważał, że nie powinnam tracić czasu na organizowanie jego podróży służbowych, czy załatwianie formalności, zawsze starał się zadbać o to samodzielnie. I zawsze był tak samo zawstydzony, jeśli jednak udało mi się zadbać o jakąś jego sprawę.
Kiedy w 2007 roku wróciłam z urlopu macierzyńskiego i zdecydowałam, że pora na zmianę pracy, dowiedziałam się, że Wojtek został Dyrektorem powstającego biura inżynierskiego Google w Krakowie. Napisałam do niego mail, oferując pomoc. Wstrzeliłam się idealnie – akurat opracowywał ogłoszenie na stanowisko administracyjne. Przeszłam serię rozmów kwalifikacyjnych i dołączyłam do zespołu Wojtka. Przez kolejne lata żartował ze mnie, że przyszłam na rozmowę o pracę dając jasno do zrozumienia, że nie zamierzam zawsze pracować na stanowisku, o które się staram, bo chcę się rozwijać, oraz postawiłam warunek, że podawanie kawy na spotkania nie będzie wpisane w zakres moich obowiązków. Okazało się, że trafiłam w coś co było mu bliskie – cenił ambicje i chęć uczenia się, a używanie kogokolwiek do prostych czynności administracyjno-biurowych, czy jakichkolwiek innych, uznawał za niewolnictwo. Kwestia rozwoju ludzi, z którymi pracował, zawsze była dla niego kluczowa. Jako manager robił wszystko, żebyśmy mogli się szkolić i awansować. Co do kawy – sam parzył ją dla swoich gości i tego samego wymagał od całego zespołu.
Wojtek żył technologią, był dumny z projektów, które rozwijaliśmy w Krakowie, cieszył się pracą z mądrymi ludźmi, których zatrudniał i ciągle powtarzał, w myśl Google’owej zasady, że zatrudnia mądrzejszych od siebie, w związku z czym jest najgłupszy w całym biurze.
Wojtek był charyzmatycznym liderem, ludzie szli za nim, podziwiali go i szanowali. Chętnie podejmował głębokie merytoryczne rozmowy, miał niesamowitą wiedzę w wielu dziedzinach i jak to sam nazywał, patologiczną pamięć. Miał też ogromny dystans do siebie. Nie uznawał kompromisów w sprawach kluczowych. Kiedy dowiedział się, że centrala planuje zwolnienia w krakowskim biurze, tego samego dnia wsiadł w samolot i poleciał do Kalifornii, żeby wybić im to z głów. Ta sytuacja się powtarzała, w końcu musieli go zwolnić, żeby przeprowadzić redukcję etatów.
Spośród wielu nowych propozycji pracy, Wojtek wybrał Allegro, gdzie został szefem technologii. Kiedy ocenił ilość pracy, poprosił, żebym do niego dołączyła i pomogła zbudować technologiczny wizerunek firmy, który przyciągnąłby utalentowanych inżynierów. Całość zajęła nam dwa lata. Poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi, z którymi przyjaźnimy się do dzisiaj. Wojtek miał już jednak w głowie pomysł na własny biznes. Jeszcze w latach 90-tych, kiedy pracował w CERN-ie, DESY, czy MIT, razem z największymi nazwiskami w świecie komputerów kwantowych, wymyślił metody pozwalające na przyspieszenie użyteczności tych komputerów. Tą wizją podzielił się ze mną i z Witkiem Jarnickim jeszcze w Google’u. Wojtek i Witek ustanowili sobie taki rytuał, w którym Wojtek wyjaśniał Witkowi kolejną metodę, Witek jako matematyk przeprowadzał dowód matematyczny, po czym szli na sushi.
Jeśli Witek udowodnił, że metoda nie zadziała, za obiad płacił Wojtek. W 2016 roku po raz pierwszy zapłacił Witek. Wówczas Wojtek zaaplikował o grant na projekt badawczo-rozwojowy związany z tym pomysłem i zaprosił mnie i Witka do współpracy. Tak zaczęła się nasza przygoda z BEIT, która trwa do dzisiaj.
Wszyscy, którzy znali Wojtka wiedzą, że był postacią nietuzinkową. Bardzo dużo od siebie wymagał, sporo wymagał od innych. Nie tracił czasu na powierzchowne znajomości. Kiedy coś go zainteresowało, angażował się na 120%. Zazwyczaj widział to, czego inni nie widzieli i potrafił taką wizją zarazić. Uważał, że rozwijać można się wyłącznie poprzez wychodzenie ze strefy komfortu, a że sama mu powiedziałam, że chcę się rozwijać, do strefy komfortu właściwie przestałam wracać. To było trudne doświadczenie, ale jestem mu za nie niezwykle wdzięczna, bo to mnie ukształtowało. Co ważne, zawsze mogłam liczyć na jego wsparcie.
Ponieważ łatwo przychodziło mi dziękowanie za jego pomoc, za to trudno mi było przeprosić jak coś zawaliłam, śmiał się ze mnie mówiąc, że woli usłyszeć „jedno przepraszam za dziesięć dziękuję”. Dlatego kończąc, wyjdę ponownie ze swojej strefy komfortu i powiem:
Przepraszam Cię Wojtuś, za wszystko, co powinnam była zrobić, a nie zrobiłam, za wszystko co powiedziałam, a nie powinnam była mówić, ale powiem też:
Dziękuję Ci za to, że we mnie uwierzyłeś, za wszystko, czego mnie nauczyłeś, za Twoją przyjaźń przez ostatnie 23 lata.
Do zobaczenia kiedyś, po lepszej stronie.
Andrzej:
Skoro jesteście tutaj dziś z nami, to znaczy, że Wasze ścieżki kiedyś splotły się z drogą Wojtka. Każdy z nas nosi w sobie inne, mocne wspomnienie tej znajomości, bo Wojtek był człowiekiem, obok którego po prostu nie dało się przejść obojętnie. W mojej pamięci na zawsze zostanie jako wyrazista, nieugięta osobowość, a wierzę, że i w Waszych sercach pozostał równie mocny ślad. Najlepiej pamiętam nasze pierwsze spotkanie: zaczęło się… od starcia. Mocny spór, wymiana zdań przy okazji spotkania o startupach, gdzie Wojtek reprezentował Google. Emocje były tak gorące, że Paulina po spotkaniu musiała nas godzić. Ale już wtedy czułem, że łączy nas znacznie więcej, niż dzieli – bo mimo ostrej dyskusji, zawsze na pierwszym miejscu liczyła się dla nas merytoryka. Wojtek bardzo to cenił. Wkrótce Paulina zorganizowała kolejne spotkanie i tam zrodziła się nie tyle zgoda, co przyjaźń – i wspólna determinacja, by razem zmieniać świat startupów.
To właśnie pokazuje, jak niezwykle otwartą głowę miał Wojtek: umiał być uparty, ale też gotowy na dialog, zawsze ciekaw drugiego człowieka. Tak zaczęła się nasza niemal siedmioletnia przygoda – a właściwie misja – wspierania przedsiębiorców. Mówię „misja”, bo z Wojtkiem nic nie robiło się na pół gwizdka. To wiedzą jego przyjaciele, partnerzy, rodzina. Każdy z nas odczuł tę niespożytą energię, która pchała go do działania i do ciągłego rozwoju. Wierzę, że to, co zaczęliśmy razem, będzie żyło dalej, przynosząc owoce jeszcze przez długi czas. Wojtek miał w sobie wiele talentów. Często powtarzał jedną ze swoich ulubionych zasad: „nie obiecuj za dużo, dostarczaj ponad normę”. Dla mnie ta maksyma już zawsze będzie kojarzyć się tylko z nim. Tak samo żył i pracował.
Pamiętam też, gdy wspomniał, że jest żeglarzem i pływał z kapitanem Baranowskim – mówił o tym bez cienia przechwałek, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Dopiero po lekturze „Żeglujmy Razem” odkryłem, że w latach 80. był najmłodszym jachtowym kapitanem żeglugi wielkiej w Polsce! Typowy Wojtek – wielkie osiągnięcia, o których opowiadał z pokorą, skromnie i bez rozgłosu. Był też miłośnikiem japońskich sztuk walki i kultury, a ja nawet nie wiedziałem, że osiągnął tytuł Shihan Okuyama Ryu. Człowiek wielu pasji, a jednak tak rzadko o nich wspominał.
Taki właśnie był Wojtek – otwarty, uczciwy, oddany.
Dziękuję, Wojtku, że byłeś z nami i tak bardzo zmieniłeś nasze życie. Spoczywaj w pokoju.